Katarzyna Okoniewska (KatarzynaOkoniewska)
Dodano: 2021-04-30 17:24:56

Obóz zagłady Kulmhof w Chełmnie nad Nerem. Pierwszy okres istnienia.

1941-12-08 - 1943-04-11

Chełmno nad Nerem

Majątek Chełmno, czyli wieś oraz sześć pobliskich osad, należał do arcybiskupstwa gnieźnieńskiego. W latach dwudziestych XIX w. stał się własnością rządową. W 1837 r. dobra ziemskie otrzymał carski generał Carl Heinrich Georg von Bistram za przysługi oddane carowi. Wkrótce jednak zmarł, a majątek odziedziczył jego syn Nikołaj Karl von Bistram, który w latach 80. XIX w. wybudował neogotycki pałac i kościół. Po odzyskaniu niepodległości majątek przejął Skarb Państwa. W pałacu utworzono mieszkania, do których wprowadziło się kilka rodzin.

Okres II wojny światowej

Obóz Kulmhof był pierwszym obozem zagłady, który swoją działalność rozpoczął przed konferencją w Wannsee. Był to jedyny obóz, w którym ofiary mordowano w samochodach-komorach gazowych i jedyny, który zlikwidowano i uruchomiono ponownie. Kluczowym czynnikiem decydującym o wybraniu Chełmna nad Nerem na miejsce zagłady było dogodne położenie geograficzne. Miejscowość znajdowała się pomiędzy skupiskami ludności żydowskiej w Kraju Warty (Żydzi zamieszkiwali przede wszystkim miasta i miasteczka we wschodniej części prowincji). Na tym terytorium istniało także getto łódzkie, które było największym tego typu obiektem na tym obszarze. Chełmno było odosobnioną miejscowością jednak z dogodnym dojazdem. 4 km od wsi zaczynały się Lasy Rzuchowskie. Deportacja łódzkich Żydów była możliwa, dzięki sieci kolejowej łączącej Łódź z Kutnem i Poznaniem. Pociągi kierowano do stacji w Kole, a stamtąd kursowała kolejka wąskotorowa na linii Koło-Dąbie.

Obóz nie miał oficjalnej nazwy, a wszelką korespondencję kierowano do Sonderkommando Kulmhof. Teren był podporządkowany SS-Obergruppenführerowi Wilhelmowi Koppemu. Pierwszy transport więźniów przybył 8 grudnia 1941 r. Całkowita ilość ofiar jest nieznana. Patrick Montageu, autor monografii o obozie Kulmhof przyjął, że do Chełmna deportowano ok. 173 tys osób. Organizatorka Muzeum byłego niemieckiego Obozu Zagłady Kulmhof Łucja Pawlicka-Nowak szacowała, że łącznie zginęło w nim ok. 200 tys ofiar, w tym 4300 Romów i Sinti, dzieci polskie z Zamojszczyzny, nieliczna grupa jeńców radzieckich i najprawdopodobniej grupa czeskich dzieci ze wsi Lidice i Lezaky[1].

Załoga obozu: Komendanci

Pierwszym komendantem obozu był Herbert Lange. Lange urodził się 29 września 1909 r. Mając 23 lata wstąpił do NSDAP i SA, a rok później do SS. Brał aktywny udział w akcji T4 i tym samym poniósł odpowiedzialność za śmierć minimum 6219 pacjentów szpitali psychiatrycznych wznajdujących się na terenie Kraju Warty. W 1941 r. Lange otrzymał zadanie wybudowania pierwszego obozu zagłady, który miał być usytuowany w Chełmnie nad Nerem. Pełnił w nim funkcję komendanta do wiosny 1942 r., a następnie został przeniesiony do Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy w Berlinie. Odegrał ogromną rolę w poszukiwaniu i aresztowaniu członków zamachu na Adolfa Hitlera z dnia 20 lipca 1944 r. W nagrodę otrzymał awans na SS-Sturmbannführera. 20 kwietnia 1945 r. zginął podczas bitwy o Berlin.

lange.jpg

Fot. 1 Herbert Lange.

Źródło: https://historiajarocina.pl/artykuly/herbert-lange-tajemniczy-komisarz-gestapo/

Drugim komendantem obozu był Hans Johann Bothmann. Bothmann urodził się 11 listopada 1911 r. Jako dwudziestolatek wstąpił do Hitlerjugend, rok później do SS. W 1939 r. został przydzielony do Sipo w okupowanym Poznaniu. Komendantem w Kulmhof został w 1942 r., a akcją eksterminacyjną kierował do momentu wstrzymania transportów w marcu 1943 r. W kwietniu 1943 r. przeniesiono go do Jugosławii do dywizji Waffen-SS Prinz Eugen. Rok później powrócił do Chełmna, które ponowanie stało się miejscem eksterminacji. W sierpniu 1943 r. brał udział w likwidacji getta łódzkiego. W styczniu 1945 r. Bothmann próbował ukryć się w zachodnich Niemczech, został jednak schwytany przez Brytyjczyków. 4 kwietnia 1946 r. popełnił samobójstwo w więzieniu.

Załoga obozu: Sonderkommando

Kommando oddelegowane do Chełmna do wykonania zadań specjalnych, czyli tzw. Sonderkommando składało się z dwóch pododziałów: grupy policjantów (członkowie SS lub SD) odpowiedzialnej za wykonywanie różnorodnych zadań i rozkazów oraz pododdziału składającego się z członków Schutzpolizei, czyli policji ochronnej, której głównym zadaniem były funkcje strażnicze i eskortowe. Pierwsi SS-mani przybyli z Poznania i Łodzi.

Sonderkommando zarekwirowało budynek straży pożarnej, urząd gminy, pałac, kościół i plebanię. Ksiądz Karol Morozewicz został aresztowany i ulokowany w KL Dachau, gdzie zmarł 3 maja 1942 r. Po aresztowaniu proboszcza kościół został zamknięty. Od grudnia 1941 r. świątynia pełniła funkcję magazynu, a od lata 1944 r. kierowano do niej transporty, które oczekiwały na śmierć. Sonderkommando zajęło także okoliczne domy, w których urządzono stołówkę, kuchnię etc. SS-mani ulokowali się w budynku miejscowej ochotniczej straży pożarnej, który nazwano Niemieckim Domem. Z czasem jednak przybyła do wsi jednostka strażnicza, zakwaterowano ją wówczas w Niemieckim Domu, a SS-manów przeniesiono do prywatnych kwater. Przybycie jednostki zrelacjonował Polizeimeister Kurt Möbius:

(...) cały oddział zawieziono w kilku ciężarówkach do miejscowości o nazwie Kulmhof. Dotarliśmy na miejsce wieczorem, powitał nas Haupsturmführer Lange, który wskazał nam naszą kwaterę. Była to duża sala w budynku, który przedtem zapewne był siedzibą urzędu. Następnego ranka cały oddział policji musiał zebrać się na apelu przed kwaterami. Pojawił się tam Lange i jego zastępca Unterscharführer Plate. Lange wyjaśnił zebranym, że Kulmhof to miejsce, w którym Żydzi z Kraju Warty są gazowani i że naszym zadaniem będzie strzec obozu w lesie, pałacu i wsi, tak by nie dopuścić tam żadnej postronnej osoby, która mogłaby zobaczyć, co się tu dzieje. Z samą eksterminacją Żydów nie mieliśmy mieć nic wspólnego. Plate dodał na koniec, że każdy, kto zaniedba pełnienie swoich obowiązków lub odmówi wykonania rozkazu, trafi do obozu koncentracyjnego. Potem przydzielono nam zadania.[2]

Komando dzieliło się na trzy pododdziały:

  1. Schlosskommando, zwane także Hauskommando, kierował Polizeioberwachtmeister Karl Heinl. Do zadań należało: zabezpieczenie terenu pałacu, pilnowanie, by nie doszło do ucieczki więźniów i nadzór nad Żydami pracującymi w budynku. Kommando miało trzy posterunki: pierwszy znajdował się przy głównej bramie. Policjanci otwierali ją, gdy przybywał transport. Następnie przechodzili do pałacu i obserwowali pomieszczenia, w których rozbierali się Żydzi. Podczas eskorty Żydów do piwnicy, strażnicy bramy wychodzili na zewnątrz i pilnowali, by podczas załadunku do komór gazowych nie doszło do ucieczki. Potem wracali pod bramę. Drugi posterunek znajdował się w podziemiach pałacu. Strażnicy mieli obserwować drzwi warsztatów, w których pracowali Żydzi oraz osoby prowadzone do komory gazowej. Trzeci posterunek był na tyłach pałacu, a zadaniem było zabezpieczanie terenu i obserwacja pracujących Żydów. Posterunki były obsadzone przez max. 12 osób.
  2. Waldkommando dowodził Polizeiwachtmeister Simon Haider z Poznania. Kommando było odpowiedzialne za zabezpieczenie leśnej części obozu i pilnowanie żydowskich grup roboczych zatrudnionych w lesie. Kommando liczyło początkowo do 25 osób.
  3. Transportkommando wyjeżdżało do okolicznych wsi i przywoziło do obozu Żydów. Szefem kommanda był Oberwachtmeister Erich Kretschmer.

Za służbę członkowie Sonderkommando otrzymywali dodatek w wysokości 10 DM. Przysługiwały im także zwiększone przydziały alkoholu i papierosów, a co najważniejsze unikali tym sposobem przydziału do służby na froncie.

Zdaniem Patricka Montague, autora publikacji Chełmno. Pierwszy nazistowski obóz zagłady, do załogi Sonderkommando należy także wliczyć polskich więźniów, którzy pracowali jako grabarze. Początkowo byli oni przetrzymywani w poznańskim Forcie VII. Pewnego dnia odwiedził ich Lange, który zauważywszy ich fizyczne osłabienie rozkazał, by dostarczono im żywności, ponieważ chciał ich u siebie zatrudnić. Cytując za Henrykiem Manią:

W Koninie mieliśmy być umieszczeni w więzieniu, z tym że zażądano dla nas lepszych warunków niż dla pozostałych więźniów. Naczelnik więzienia nie wyraził na to zgody, wobec czego SS-mani zabrali nas do mieszkania, które sami zajmowali w mieście, i tam mieszkaliśmy w przyległym do ich pokoju, choć pozostawaliśmy pod nadzorem. W czasie trwania akcji w Koninie SS-mani zabierali nas na posiłki do restauracji, w której się stołowali, choć my jedliśmy przy jednym stole. Istniała już wówczas pewna zażyłość, wynikająca z częstych bezpośrednich kontaktów.[3]

Po przyjeździe do Chełmna dwóch Polaków zatrudniono przy rozbudowie obozu, pozostałych do kopania grobów. Gdy przyjeżdżały transporty Żydów, zadaniem Polaków było tłumaczenie mów powitalnych, obsługiwanie pojazdów Sonderkommando, zbieranie kosztowności i prowadzenie Żydów do piwnic. Dwóch Polaków codziennie wyjeżdżało do lasu i pracowało przy wyrywaniu zębów i poszukiwaniu ukrytych kosztowności. Polscy więźniowie nosili cywilne ubrania i nigdy nie skuwano im nóg, tak jak członkom żydowskich grup roboczych. Z czasem zyskali swobodę poruszania się po okolicznych wsiach. Polakom nie płacono za wykonane prace, otrzymywali jednak regularne przydziały alkoholu.

Transporty

Pierwsza grupa skazanych na śmierć Żydów przybyła 8 grudnia 1941 r. ze zlikwidowanego getta w Kole. Następne styczniowe transporty pochodziły z Kłodawy, Bugaja i Izbicy Kujawskiej. W okresie od 2 do 9 stycznia 1942 r. Niemcy eksterminowali także Romów i Sinti przywiezionych z utworzonego dla nich jesienią 1941 r. obozu (Ziegeunerlager) w Łodzi. Transporty z Łodzi zaczęły przyjeżdżać od 16 stycznia 1942 r. Jeden z mieszkańców getta odnotował w swoim dzienniku:

Dziś rano wysłano pierwszy transport wysiedlonych. Ogółem liczył on 780 mężczyzn, 83 kobiety i 154 dzieci. Większość z nich – biedni, załamani, nadzy i zagłodzeni. Ich odjazd był niesłychanie tragiczny. Wszyscy łkali żałośnie. Matki ściskały dzieci (...) i krzyczały w głos: Jeśli my zginiemy, wy przynajmniej przeżyjecie, by zemścić się na tych, co nas prześladują [...]. Przerażenie, furia, śmiertelne wzburzenie połączyły się, by unicestwić całą żydowską społeczność.[4]

Tego dnia przywieziono do Chełmna łącznie 11 103 ludzi. 30 stycznia transporty wstrzymano, jednak niespełna miesiąc później wznowiono je - na śmierć skierowano kolejne 7043 osób. W marcu transporty wyjeżdżały przez 6 dni w tygodniu – przywieziono 24 687 Żydów. W kwietniu skierowano jedynie dwa transporty, które liczyły 2349 osób. W maju transporty łódzkie trwały 12 dni z rzędu - przywieziono 10 914 ofiar[5].

Przyjazd ofiar do pałacu

Pałac był najważniejszym elementem chełmińskiej machiny śmierci. Gdy na podwórzu zebrano cały transport, SS-mani wygłaszali przemówienie. Dla lepszego wrażenia jeden z nich występował w białym kitlu i zapewniał, że zgromadzonych czeka troskliwa opieka lekarska. Ofiary informowano, że będą kierowane do pracy, o czym mówi relacja Polizeimeistra Kurta Möbiusa:

Mówiono im, że zostaną zawiezieni do dużego obozu w Austrii, gdzie będą musieli pracować. Najpierw jednak mówiliśmy, że muszą się wykąpać, a ich ubrania będą poddane odwszeniu.  (...) wygłaszaliśmy te przemowy, żeby Żydzi nie domyślili się, co ich czeka, i wykonywali polecenia. Następnie prowadzono Żydów na parter pałacu. Pomagali przy tym polscy robotnicy. Prowadzono ich prostym korytarzem do dwóch dużych pokojów, połączonych drzwiami. Nie oddzielaliśmy mężczyzn od kobiet. Najpierw musieli oddać wartościowe przedmioty. Polscy robotnicy zbierali te rzeczy do koszyków. Następnie z pokojów wyprowadzano ludzi grupami, po tylu, ilu dało się naraz zmieścić do samochodowej komory gazowej. Z jednej strony korytarza były drzwi do piwnicy. Był na nich napis Zum Bade [do łaźni].  Grupy prowadzone do komór gazowych zawsze liczyły od 35 do 40 osób. Schody wiodły na korytarz, który najpierw biegł prosto, a potem skręcał w prawo. Ludzie musieli więc skręcić w prawo i wychodzili na rampę, gdzie już czekał samochód-komora gazowa z otwartymi drzwiami. Po obu stronach rampy były drewniane ścianki dochodzące do drzwi komory. Najczęściej Żydzi szli do komór gazowych spokojnie, wierząc w to, co im powiedziano. (...) Codziennie przyjeźdżało 5 do 10 transportów. Wiem, ile ich było, bo każdego dnia wygłaszałem mowy do Żydów, i zdarzało się to 5 do 8 razy dziennie, czasem nawet 10 razy. Średnio w transporcie znajdowało się około 100 osób.[6]

Ofiary rozbierały się w pokojach na parterze pałacu, a następnie Hauskommando wynosiło je na tyły pałacu i wyrzucało przez okno. W wolnej chwilii przeszukiwano je w celu znalezienia kosztowności i sortowano. Rzeczy te piętrzyły się i długo leżały na podwórzu. Organizacja charytatywna, do której w ostateczności trafiały ubrania, skarżyła się nie tylko na sposób ich składowania, ale także na jakość – odzież była mocno zabrudzona i poplamiona krwią. Bagaże przeglądano i sortowano w kościele, a gdy ten był zapełniony, wówczas w budynku spichlerza. Rzeczy bezwartościowe palono, a wartościowe przekazywano Hauptscharführerowi Fritzowi Ismerowi. Pod koniec każdego dnia odbierał on duży worek przedmiotów. Gotówkę przekazywano w wiklinowym koszu. Następnie pakowano w skrzynie i odwożono do Ghettoverwaltung w Łodzi.

Wachman Wilhelm Heukelbach, służący w Chełmnie jako policjant, zeznał:

Wiele razy stałem na posterunku w piwnicy, kiedy przywiezieni do pałacu Żydzi byli po rozebraniu się prowadzeni do samochodowych komór gazowych. Przeważnie Żydzi szli do ciężarówek spokojnie, bo z przemowy wiedzieli, że będą przewiezieni do łaźni. Czasami jednak, kiedy miałem służbę w piwnicy, zdarzało się, że nie chcieli iść do samochodów. Wtedy musiałem ich pchać, bić, żeby szli dalej. Kilka razy pobiłem Żydów, którzy nie chcieli iść dalej. Na pewno jednak nie było to prawdziwe pobicie, tak żeby ich bolało. Za każdym razem tylko groziłem im batem, niektórych Żydów lekko dotykałem, żeby ruszali dalej. Było mi tych biedaków żal, nie potrafiłbym ich mocno bić.[7]

Ofiary przewożono do Lasów Rzuchowskich, gdzie następnie chowano w dołach o długości od 60 do 230 metrów. Hauptscharführer Gustav Laabs, którego zadaniem było kierowanie samochodem-komorą gazową, opisał dalszy przebieg wydarzeń:

Kiedy podjechałem samochodem pod rampę, Bürstinger otworzył drzwi do komory. Użył w tym celu klucza wiszącego w szoferce. Po otwarciu drzwi rampa była zamknięta ze wszystkich stron, tak że nie dało się zobaczyć, co się na niej dzieje, ani się z niej wydostać. (...) Po upływie około pół godziny usłyszałem głośne krzyki z sali w piwnicy, a we wstecznym lusterku ujrzałem wbiegających na pakę bosonogich ludzi. Nie widziałem ich całych, zauważyłem tylko bose stopy w szczelinie między prawymi drzwiami a burtą. Wywnioskowałem z tego, że byli nadzy. Wiedziałem, że wbiegają do ciężarówki, bo się trzęsła. Kiedy ciężarówka była już pełna, drzwi zostały zamknięte na klucz. (...) Potem Bürstinger polecił polskiemu cywilowi, żeby ten wszedł pod ciężarówkę i coś tam zrobił. Bothmann, który wyszedł z piwnicy, kazał mi uruchomić silnik i nie wyłączać go przez 20 minut. Włączyłem silnik i po jakiejś minucie usłyszałem okropne jęki i krzyki dochodzące z ciężarówki. Ulegając strachowi, wyskoczyłem z szoferki (dotarło do mnie, że do wnętrza ciężarówki doprowadzono spaliny, by zabijały ludzi). Bothmann nawrzeszczał na mnie i kazał mi wracać do samochodu. Siedziałem tam i czekałem nie mogłem nic zrobić, bo bałem się Bothmanna. Po kilku minutach jęki i krzyki stopniowo zaczęły cichnąć. Po upływie ok. 10 minut dosiadł się do mnie funkcjonariusz policji, a Bothmann kazał mi ruszać. Nim jednak do tego doszło, ten Polak znów wpełzł pod ciężarówkę (...) i odłączył odpływ spalin do wnętrza. Policjant, który siedział obok mnie, powiedział mi, gdzie mam jechać. Po około 3 km dotarliśmy do poręby w lesie, przy drodze do Koła. Gdy tam dojechaliśmy policjant kazał mi zatrzymać się przy zbiorowej mogile, gdzie pod nadzorem funkcjonariusza policji pracowała grupa Żydów. (...) Następnie kilku robotnikom polecono, by otworzyli drzwi, gdy trzwi stanęły otworem, z ciężarówki wypadło 8 czy 10 ciał. Potem grupa robotników wyrzuciła stamtąd resztę zwłok. (...) Przy pałacu kilku Żydów należącej na pewno do tamtejszej grupy robotników musiało wymyć wnętrze ciężarówki wodą i środkami odkażającymi. Kiedy ciężarówka była już wyczyszczona, Häfele kazał mi znowu podjechać pod rampę.[8]

auto komora.jpg

Fot. 2 Samochód-komora gazowa.

Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Hans_Bothmann#/media/File:Destroyed_Magirus-Deutz_furniture_transport_van_Kolno_Poland_1945.jpg

Wiadomo, że powstały 4 zbiorowe mogiły. Latem 1942 r. ciała złożone w masowych grobach zaczęły się rozkładać. Niemcy obawiali się, że sytuacja ta doprowadzi do wybuchu epidemii. Transporty zostały wstrzymane, rozpoczęto ekshumację, a następnie kremację zwłok. W tym celu używano 4 palenisk, dopiero z czasem wybudowano 2 piece krematoryjne.

Pierwsza likwidacja obozu

11 września 1942 r. wydano rozkaz zaprzestania eksterminacji w Kraju Warty, ponieważ zlikwidowano wszystkie dzielnice zamknięte (prócz getta łódzkiego). Wykonywano jednak egzekucje mniejszych grup. Główne zadania załogi polegały od tej pory na niszczeniu śladów istnienia obozu i wywożeniu odebranego ofiarom dorobku. Ekshumacje i kremacje zwłok trwały najprawdopodobniej do lutego 1943 r. 7 kwietnia 1943 r. pałac wraz z krematoriami w Lesie Rzuchowskim wysadzono w powietrze. W miejscach po mogiłach zasadzono drzewa. 11 kwietnia 1943 r. oddział opuścił Chełmno. Warto także podkreślić, że chłopi pochodzący z Chełmna przeszukali ruiny pałacu i znaleźli w nich dewocjonalia katolickie, co mogłoby dowodzić na to, że wśród ofiar znajdowali się także katolicy. Miejscowy rolnik dostał zgodę na zaoranie terenu.

Działalność obozu została wstrzymana na rok.

IMG_20190925_133113.jpg

las1.jpg

IMG_20190925_132553.jpg

IMG_20190925_132850.jpg

Fot. 3, 4, 5, 6 Las rzuchowski. Stan obecny. Źródło: materiał własny.

kosciol chelmno.jpg

Fot. 7 Kościół w Chełmnie. Stan na 2019 r. Źródło: materiał własny.

Bibliografia:

[1] A. Grzegorczyk, P. Wąsowicz, Obóz zagłady Kulmhof w Chełmnie nad Nerem. Przewodnik po miejscu pamięci., Chełmno nad Nerem 2016, s. 9.

[2] P. Montague, Chełmno. Pierwszy nazistowski obóz zagłady, Wołowiec 2014, s. 96.

[3] Ibidem, s. 98-99.

[4] Ibidem, s. 112-113.

[5] Ibidem, s. 105-125.

[6] Ibidem, s. 127-128.

[7] Ibidem, s. 131.

[8] Ibidem, s. 132-134.

Tekst został napisany na podstawie rozmowy z przewodnikiem we wrześniu 2019 r. Dodatkowo wykorzystano wyżej wymienioną bibliografię.

Komentarze

securimage